Chris Oxforduo i „Moja dama”. Od muzycznych zabaw do własnej drogi na scenie
Chris Oxforduo ponownie odwiedził nasze studio! Nie potrafiliśmy zliczyć, który to już raz, a tym razem artysta przywiózł ze sobą piosenkę „Moja dama”, która nawiązuje brzmieniem do muzyki lat 80. i zapowiada kolejną płytę wokalisty. W naszej rozmowie opowiedział nie tylko o nowym utworze i teledysku, ale również o początkach swojej muzycznej drogi, życiu w Niemczech i historii nazwy, pod którą występuje.
Gdy rozważaliśmy, która to już wizyta Chrisa w Telewizji TVS, ustaliliśmy początek gdzieś w 2010 roku. Jak sam przyznaje, pierwsze wizyty w studiu wiązały się z dużym stresem, ale z czasem oswoił się z kamerami i rozmowami! Dziś wraca tu z sentymentem, bo właśnie w TVS prezentował swoje pierwsze teledyski. Tym razem okazją do spotkania była kolejna muzyczna propozycja, a także premiera pełnej wersji klipu.
„Moja dama” w klimacie lat 80.
Zaprezentowany w najnowszym odcinku Szlagierowej utwór jest częścią materiału przygotowywanego na czwartą płytę artysty. Chris pracuje nad albumem, który ma nawiązywać brzmieniem do lat 80. W podobnym rytmie utrzymana jest również „Moja dama” – skoczna piosenka, przy której jak sam zaznacza, można potańczyć i dobrze się bawić! Na płycie znalazło się już dziewięć utworów, a do zakończenia nagrań brakuje jeszcze czterech.
– Bardzo się dobrze czuję w takich rytmach lat osiemdziesiątych, moich zresztą, w których się wychowałem! Pasuje to do mnie i pasuje też do tej publiczności przede wszystkim, która się też wychowywała tak jak ja w latach osiemdziesiątych
– tłumaczy Chris.
Piosenka opowiada o miłości i spotkaniu dwojga ludzi – wokalista chciał przedstawić prostą historię zakochania, uzupełniając ją niewielkim francuskim akcentem. Klip został natomiast nagrany w rodzinnym mieście artysty, czyli w Tychach. Chris wybrał miejsce, którego klimat pasował mu do charakteru piosenki. W teledysku występuje również „zakochana para” tańcząca do utworu.
Pomysł na nazwę
Za pseudonimem artysty kryje się historia, która zaczęła się jeszcze w dzieciństwie! Jak się dowiedzieliśmy, samo „Oxford” nie ma związku ani ze studiami, ani z pobytem w Anglii – nazwa pojawiła się… podczas zabaw z kolegami w piaskownicy! Zafascynowani muzyką chłopcy próbowali wtedy stworzyć własny zespół, choć zamiast prawdziwych instrumentów wykorzystywali między innymi grzebienie i skrzynki. To właśnie wtedy padła propozycja nazwy Oxford, która spodobała się przyszłemu wokaliście i została z nim na lata. Dopiero później dowiedział się, że Oxford to również nazwa angielskiego miasta i znanego uniwersytetu, mimo to nie zdecydował się jednak na zmianę. Do dziś utrzymuje kontakt z kolegami, z którymi wymyślił ją jako dziecko, a nazwa przypomina mu o tamtych czasach.
Człon „Chris” pojawił się natomiast znacznie później – artysta od lat mieszka w Niemczech, gdzie jego imię Krzysztof było dla niektórych trudne do wymówienia! Z czasem zaczęto więc nazywać go Chris.
Kiedy zaczął rozwijać swoją karierę, postanowił nie ryzykować napięć z angielskim uniwersytetem i przekształcił nazwę na „Oxforduo”, a to w połączeniu z imieniem dało obecny pseudonim artystyczny!
Wszystko zaczęło się od piaskownicy i harcerstwa
Choć pierwsze muzyczne zabawy miały charakter dziecięcej rozrywki, zainteresowanie muzyką towarzyszyło artyście przez kolejne lata. Nie od razu jednak wiedział, że właśnie z nią zwiąże swoją przyszłość. Jak wspomina, w dzieciństwie próbował przeróżnych aktywności – grał w piłkę nożną, hokeja i tenisa. Przez krótki czas uczęszczał też do szkoły muzycznej, gdzie miał uczyć się gry na akordeonie, jednak nie była to droga, która wówczas go przekonała. Znacznie większy wpływ na jego muzyczne zainteresowania miał kuzyn, który grał na gitarze podczas spotkań przy ognisku. Chrisowi spodobało się to na tyle, że podczas kolejnego wyjazdu harcerskiego przywiózł własny instrument! Gry na gitarze uczył się już samodzielnie, podpatrując innych i poznając kolejne chwyty.
Przełom nastąpił po wyjeździe do Niemiec – za pierwsze zarobione tam pieniądze kupił keyboard, a później razem z kolegami zaczął tworzyć pięcioosobowy zespół – w ten sposób powstał Oxford Band. Młodzi muzycy ćwiczyli w szkolnej świetlicy, a ich pierwsze występy były dość spontaniczne. Pewnego dnia usłyszał ich pracujący w budynku woźny, który zaproponował im występ na wieczorze kawalerskim. Zespół zgodził się, choć repertuar nie był jeszcze zbyt rozbudowany. Za występ otrzymali 100 marek, które podzielili między siebie, a potem… wydali na pizzę!
– Pamiętam, jak dziś, dał nam wtedy za to 100 marek, a nas było pięciu. Kupiliśmy sobie pizzę, ale na colę już nie starczyło…
– wspomina.
Początki grania na weselach również nie należały do najłatwiejszych. Zespół miał w repertuarze tylko około 40 utworów, a niektóre imprezy trwały nawet kilkanaście godzin. Zdarzało się więc, że muzycy musieli wracać do tych samych piosenek, wydłużać je i improwizować, by zapewnić gościom muzykę do tańca.
Od solowych płyt do występów w różnych składach
Muzyczna droga Chrisa nie zawsze przebiegała w ten sam sposób. Pierwszy album nagrał w duecie, drugi był już solowym wydawnictwem, trzeci ponownie powstał w duecie, a obecnie przygotowuje czwartą, solową płytę. Jak sam zauważa, układa się to naprzemiennie i nie wyklucza, że kolejny album znów będzie efektem współpracy z drugą osobą!
Dziś artysta może w pełni skupić się na muzyce – od kilkunastu lat utrzymuje się z występów i nie ogranicza się wyłącznie do koncertów. Gra również na imprezach okolicznościowych, takich jak wesela czy urodziny. W zależności od potrzeb może występować samodzielnie, w duecie albo w większym składzie, z udziałem gitarzysty, saksofonisty czy perkusisty. Organizuje także wydarzenia dla Polonii na terenie Niemiec.
Jednak jak sam przyznaje, gdyby nie wyjazd do Niemiec w młodości i rozwój muzycznej pasji, życie artysty mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej! Z wykształcenia jest tokarzem i ślusarzem, a w przeszłości rozpoczął również naukę w szkole górniczej. Nie ukończył jej jednak, ponieważ właśnie w wieku 18 lat wyjechał z mamą do Niemiec. Jak przypuszcza, gdyby został w Polsce, być może pracowałby na kopalni.
Muzyczne zainteresowania miał jednak wyniesione z domu! Jak wspomina, pięknie śpiewała jego mama, a chrzestny występował w zespole, grając na gitarze i perkusji. Sam Chris nie ukończył szkoły muzycznej, a gry na gitarze i keyboardzie uczył się w dużej mierze samodzielnie. Dziś cieszy się, że mógł wykorzystać swoje zamiłowanie i talent, by z muzyki uczynić sposób na życie. Artysta podkreśla, że śpiewanie traktuje jako dar, który trzeba rozwijać i wykorzystywać. Nie wyobraża sobie obecnie rezygnacji z tej drogi.