AlarmKrajRegionWiadomość dnia

Każdy morderca ma w sobie „coś” pozytywnego? Jacek Ostrowski o premierze swojej książki „Ostatnia wizyta” [WYWIAD]

5 czerwca 1970 roku na trwałe zapisał się w historii polskiej kryminalistyki. Tego dnia doszło do tajemniczego porwania. Sprawa już od początku budziła duże kontrowersje, a wiele pytań do dziś pozostaje bez odpowiedzi. Autor znał ofiarę osobiście, co było głównym bodźcem, żeby zająć się tą sprawą. Poszedł tropem zbrodni, zapoznał się wnikliwie z materiałami ze śledztwa, aktami sądowymi, spotkał się z prokuratorem prowadzącym dochodzenie i niczym archeolog  z pozornie  oderwanych od siebie zdarzeń spróbował  odtworzyć przebieg tej tajemniczej historii. Książka Jacka Ostrowskiego „Ostatnia wizyta” to nie kolejny prostopadłościan na półce z książkami. -Gwarantuję, że w trakcie lektury się wzruszycie, zamyślicie, a momentami będziecie chcieli zabić głównego bohatera – mówi Adam Szaja ze smakksiazki.pl – który rozmawia z autorem premiery, Jackiem Ostrowskim

 

Adam Szaja, smakksiazki.pl: -Podobno w każdym, nawet najbardziej brutalnym mordercy można znaleźć coś pozytywnego. Czym jest to coś u Zbigniewa Pielacha, a właściwie Iwana Siemieniuka?

Jacek Ostrowski: Nie ukrywam, że od samego początku nurtowała mnie ta myśl. Czy w wielokrotnym zabójcy można znaleźć coś pozytywnego? Zadałem to pytanie prokuratorowi prowadzącemu śledztwo. Obydwaj byliśmy zgodni, że dbałość o wykształcenie dzieci były jedynym światełkiem w mrocznej duszy tego człowieka. Trudno byłoby się doszukać czegoś więcej. Patrzę na Iwana Siemieniuka przez pryzmat warunków w jakich kształtowała się jego osobowość. Były ekstremalnie trudne i one w głównej mierze go stworzyły.

AS: -Co w tej smutnej historii sprawiło, że się Pan właśnie nią zainteresował?

JO:Bodajże dwa lata temu przeglądałem stare rodzinne albumy. Wśród zdjęć było jedno szczególne. Przedstawiało moją mamę i jej dobrą znajomą, płockiego pediatrę późniejszą ofiarę Iwana Siemieniuka. Dobrze ją pamiętałem, sporo jej zawdzięczałem jako dziecko ( chorowałem na krztusiec i dzięki jej pomocy udało mi się pokonać chorobę). Pamiętam również jej męża, jego białą muchę pod brodą. Też był lekarzem. Uwielbiał przepytywać dzieci z historii, takie hobby. To byli dobrzy, pogodni ludzie. Minęło sporo lat od porwania, każda historia nawet tragiczna powinna mieć jakieś zakończenie. Tu tego zabrakło. Czułem, że muszę coś w tej materii uczynić. To było dla mnie duże wyzwanie, wszak od tragedii upłynęło 35 lat. Od czego zacząć?

AS: -O ile bogatsza jest „Ostatnia wizyta” dzięki spotkaniu z prokuratorem, który kierował śledztwem?

JO:Spotkanie z prokuratorem było dla mnie bezcenne. Przede wszystkim dlatego, że on nadzorował śledztwo w późniejszym etapie, wtedy kiedy inni już się poddali. Widział błędy w dochodzeniu. Wyrobił sobie swój osobisty pogląd na tę sprawę i się ze mną nim podzielił. Trudno też nie wspomnieć o jego publikacji na temat porwania. Bardzo mi ułatwiła ogarnięcie tematu, ukierunkowała w poszukiwaniach. Długo rozmawialiśmy o porywaczu, o jego charakterze, zachowaniu podczas przesłuchań, o jego życiorysie. To w powiązaniu z aktami oraz publikacjami z psychologii pozwoliło mi stworzyć psychologiczne portrety Pielacha i jego żony. Wtedy dopiero zabrałem się za książkę.

AS: -Zbigniew Pielach był człowiekiem bez skrupułów, zamordował między innymi swoją teściową, a także wiele innych osób, w tym lekarkę z Płocka. Nie miał wyjścia, musiał to zrobić, czy mógł odmówić KGB, dzięki któremu mógł mieszkać i żyć w Polsce?

JO: Według mnie pod koniec drugiej wojny światowej, podczas wielkiej migracji ludności (porównywalnej do dzisiejszej z krajów arabskich) Rosjanie przemycili nie tylko do USA ale i do krajów Europy setki, a być może tysiące agentów, później przez Amerykanów nazwanych „Sleepers”. To była wielka operacja tajnych służb radzieckich, która do dziś jest owiana tajemnicą. Iwan Siemieniuk był przypuszczalnie jednym z tych agentów. Oficjalnie zwolniony z wojska wciąż był w czynnej służbie początkowo w NKWD, a później w KGB. Dowodów na to jest sporo. Sprzeciwienie się KGB było jednoznaczne z odmową wykonania rozkazu. To byłoby prawdziwe szaleństwo równoznaczne z wyrokiem śmierci.

AS:- Czytelnikowi chyba najłatwiej będzie utożsamić z Hanną, czyli żoną mordercy, z którym żyła pod jednym dachem. Umówmy się, że fakt, że go nie zabiła zakrawa na cud. Może gdyby nie była tak religijna…

JO:Hanna to bardzo ciekawa postać. Powiem więcej, ta postać może zafascynować. Jak tu pogodzić religijność z życiem pod jednym dachem z takim mężem. Jak usiąść z nim do stołu, jak dzielić łoże? Długo zastanawiałem się nad tym jak to naprawdę wyglądało. Na pewno to był bardzo skomplikowany układ, ale jakby nie było trwał dwadzieścia pięć lat. Czy byłaby w stanie zabić męża? Trudno powiedzieć, bo zabicie kogoś jest w pewnym sensie przekroczeniem jakiegoś przysłowiowego Rubikonu. Nie wiem, nie każdy jest Cezarem.

AS: Które elementy książki są w całości fikcyjne? Anonimy wysyłane do przedsiębiorców, hodowla królików, a może niektóre morderstwa?

JO:Problem jest w tym, że sam uwierzyłem w tę wersję zdarzeń. Wszystkie zabójstwa niestety miały miejsce. Opowiadania Pielacha są fikcją, choć on sam chętnie sięgał po maszynę do pisania. Odnośnie anonimów, ich sens jest zbliżony do oryginałów. Hodowla istniała, były króliki, kury i pieczarki. Książka w konstrukcji przypomina keks. Jest nafaszerowana bakaliami inaczej mówiąc faktami. Akta, publikacje wszystko razem początkowo było dla mnie sporą kupką skorup z której skleiłem czarę, niestety pełną krwi.

AS: Siłą książek, które ukazują się w serii na F/aktach, są właśnie akta oraz fakt, że autorzy mogą z nich korzystać. Co Pana najbardziej zaskoczyło, zniesmaczyło, zażenowało?

JO:Kiedy trzymałem w ręku oryginalne listy zabójcy czułem mrowienie w kręgosłupie. Te dokumenty były świadkami zbrodni. Trudno powiedzieć, że niemymi, bo ich treść krzyczała. Proszę mi wierzyć, bolały mnie uszy. To było największe zaskoczenie. Zażenował mnie poziom raportów milicji, a zniesmaczył wynik śledztwa i wysokość wyroku. Pozwolę sobie tu zacytować zdanie z powieści. „Za to co już macie na sumieniu to powinni was wieszać, odcinać ,wieszać , odcinać i tak bez końca”. Nic dodać i nic ująć.

Materiał powstał we współpracy z portalem www.smakksiazki.pl

 

 

Tagi
Pokaż więcej

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close